0

Zbuntowany rower

Zobacz blog

 Już od samego rana dzień zapowiadał się pięknie.
Postanowiłam, że wybiorę się na przejażdżkę rowerową
 w okolice pobliskiego jeziorka, odległego o 11 km od mojego domu.
Jak zwykle zapakowałam sakwy, wrzucając do nich
banana, batonik, chusteczki i książkę do poczytania.
Bidon napełniłam wodą z cytryną  i wyruszyłam w drogę !

Powietrze było dosyć ostre i zimne, ale przygrzewające słońce
sprawiało, że można się było do tego przyzwyczaić.
Jechałam drogą dobrze mi znaną, aż dojechałam do miejsca,
do którego pięć lat temu przyjechałam po raz pierwszy,
nie znając jeszcze wtedy okolicy ani nie wiedząc kompletnie gdzie się znalazłam. Przede mną roztaczał się widok pól uprawnych, otoczonych lasami i stroma góra, pokryta asfaltem – w tamtym czasie bardzo popękanym i podziurawionym.
Cieszyłam się widokiem i chłonęłam piękno otaczającego mnie krajobrazu 
całą sobą. Z sentymentem wspominam tę chwilę…


W głowie zaświtała mi myśl, że tak sobie jadę i jak dotąd nic ciekawego 
się nie wydarzyło… 
Nagle : trach !!!  Przy podjeżdżaniu pod stromą górę tylne koło zablokowało się, rower stanął dęba i musiałam zeskoczyć, by się nie wywrócić. Co jest ?! – pomyślałam – … i dlaczego właśnie teraz ?!
Stanęłam na trawie, przy jezdni i zaczęłam grzebać przy rowerze.
Myślałam, że tylko  spadł łańcuch – to dla mnie pestka !
Już nie raz naprawiałam taką usterkę, ale tym razem coś jeszcze
nie dawało mi spokoju. Hak, na którym umiejscowiona była tylna przerzutka 
był jakby zagięty i zahaczał o szprychy tylnego koła.
Z tym już nie mogłam sobie poradzić bez narzędzi. Co robić ? 
Do domu 8 km ! Pogoda przepiękna ! 
Czyżby moja wycieczka miała się tutaj skończyć ?!
Kilka samochodów minęło mnie. Żaden kierowca jednak się nie zatrzymał, 
widząc kobietę majstrującą przy rowerze. 
Musiałam podjąć decyzję: albo pokonam strome wniesienie, prowadząc rower 
i dojdę do jakiegoś gospodarstwa ( ? ), albo cofnę się o 300 metrów
i poszukam pomocy w osiedlu przy stawach rybnych.
Wybrałam drugie rozwiązanie.
Prowadząc rower z głośno terkoczącym kołem dotarłam do bloku mieszkalnego – jedynego w tej okolicy. Widząc kobietę pracującą w ogródku, przywitałam się i poprosiłam o pomoc.
Ta odpowiedziała, że nie zna się na rowerach, ale gdzieś w pobliżu
jest gospodarz domu ( czy coś w tym sensie ?).

– Zapytam, czy w ogóle zechce pani pomóc. – rzekła kobieta.
Na te słowa – jakby prąd mnie poraził. Jak to: czy zechce ?!
Za moment kobieta wróciła do mnie ze starszym panem, na którego aż
 bałam się spojrzeć. W głowie wciąż słyszałam słowa:” czy w ogóle zechce pani pomóc” !!! Spuściłam głowę i zaczęłam coś tam mruczeć pod nosem.
Mężczyzna fachowo zabrał się do roboty. Najpierw obejrzał rower,
a potem zaczął przyciskać za prawą manetkę, by sprawdzić
w którą stronę przekłada się łańcuch na zębatce. 
Powiedział, że musi się przejechać. Nie czekając na moją zgodę 
wsiadł na rower i wykonał kółko po placu.
Gdy powrócił, ponownie zaczął majstrować przy rowerze.
– Kto pani szykował ten rower do jazdy ? W kołach prawie nie ma powietrza. – powiedział spokojnym głosem.
– Ja sama ! – odpowiedziałam z dumą.
Nic nie mówiąc wszedł do budynku i za chwilę wrócił z pompką w ręku, 
by za moment napełnić powietrzem obydwa koła w rowerze.
Dopiero teraz  przyjrzałam się jemu. Był to niewysoki mężczyzna 
po sześćdziesiątce, z srebrnobiałą starannie przyciętą brodą, ubrany schludnie we flanelową koszulę w biało-czarną kratę i czarne spodnie. Głowę zakrywała czarna czapka z daszkiem, a na dłoniach miał czarne rękawiczki do prac ogrodowych.
Po naprawieniu usterek mężczyzna jeszcze raz przejechał się
na moim rowerze. Miałam wątpliwości: wracać do domu 
czy kontynuować swój plan wycieczkowy ?

– Niech pani nie rezygnuje z wyprawy. Tylko niech pani 
nie zmienia przerzutek na mniejsze, bo znów może się koło zablokować. – powiedział uśmiechając się do mnie.
– Niech pani wsiada. Zobaczę jak będzie pani jechać. – dodał.
Podziękowałam, wsiadłam na rower i pojechałam, realizując cel swojej podróży.
Pokonałam strome wzniesienie w ogóle nie zmieniając przerzutek.
Bałam się, by nic już się nie wydarzyło. Jechałam szczęśliwa.
Wiatr smagał mi twarz, a słońce mu wtórowało.
W krótkim czasie dotarłam do jeziorka. Postawiłam rower, a sama usadowiłam się na ławce. Wyjęłam książkę i zagłębiłam się w lekturze. 
Całkowicie poddałam się urokowi otaczającego  krajobrazu.
Chwilo trwaj !


Minęło czasu nie za wiele i nie za mało – trzeba było wracać do domu. 
Pojechałam tą samą drogą. Przejeżdżając koło osiedla, szukałam wzrokiem
 mężczyzny, który naprawił mój rower.
Chciałam, by widział, że wracam cała i zdrowa, chciałam do niego pomachać… 
ale już go nie zobaczyłam.

 Poniżej zdjęcia tego miejsca z ubiegłorocznej przejażdżki, na którą
wybrałam się z moim mężem.
Tak wyglądało jeziorko rok temu – w maju.
Było znacznie cieplej, a drzewa pokryte już były bujną zielenią,
lecz nie wydarzyło się wtedy nic nadzwyczajnego… no może oprócz tego, 
że przypłynął do nas łabędź.



Dalej

Tags:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.