Bez fikcji: „Swoją drogą” Tomka Michniewicza

Zobacz blog

Tomka Michniewicza szanuję nie tylko jako autora bardzo wartościowych książek podróżniczych, ale także jako człowieka, który nie boi się szukać prawdy w otaczającym go świecie, nie boi się obalać mitów i odzierać rzeczywistości ze złudzeń, do których przywykliśmy i w które wygodnie jest nam wierzyć. Kiedy więc nadarzyła się okazja, by sięgnąć po jego książkę „Swoją drogą” nie wahałam się ani chwili.

swoją drogąPrzyzwyczaiłam się już do tego, że Michniewicz lubi ryzyko. Wyjeżdża w takie rejony świata, w które mało kto chciałby się zapuścić. A gdy już tam jest, korzysta z tego maksymalnie, jak tylko można – nie zawaha się wyruszyć na polowanie do puszczy, złapać węża gołymi rękoma, szukać w afrykańskim buszu śladów magii, której boją się miejscowi. Żeby doświadczyć, zrozumieć i opisać świat takim, jakim jest naprawdę. Tym razem jednak zaprosił na wyprawy trzech bliskich sobie ludzi: przyjaciela, żonę, ojca. To oni decydowali, gdzie pojadą i czego będą tam szukać. To dla nich miała to być podróż życia…

 

„Z dżunglą nie można wygrać, trzeba się do niej przystosować.”

 

Pierwsza wyprawa. Afryka. Kongo. Brud, ryzyko chorób, brak dostępu do czystej wody, drogi często nieprzejezdne, do najbliższego szpitala kilkanaście, kilkadziesiąt godzin samochodem, jeśli taki akurat się znajdzie. Plemiona, które gdy tylko to możliwe uciekają do dżungli, bo to ona jest ich domem. I inni miejscowi, którzy boją się magii… To druga wspólna wyprawa Michniewicza i jego przyjaciela na Czarny Ląd. Autor, zaprawiony podróżnik chciał przypomnieć swojemu koledze jego młodzieńcze plany i marzenia. Te, które zgubiły się gdzieś w trakcie monotonnej biurowej pracy. Początkowo było trudno, ale później… Powiem tylko tyle – zadziałało, choć wcale nie było kolorowo…

 

„Jest olbrzymia różnica między tym, co inne, a tym, co złe.”

 

Druga wyprawa. Arabia Saudyjska. Gorąco, bogato i zupełnie inaczej niż w Europie. Segregacja płci na każdym kroku, policja religijna pilnująca porządku na ulicach i w centrach handlowych. Na tę wyprawę Michniewicz zabrał swoją żonę. Kobietę, która stanowczo woli wypoczynek w dobrym hotelu, na plaży, z książką w ręce. Tym razem podjęła wyzwanie i zanurzyła się w zupełnie obcej kulturze – zakrywała ciało specjalną suknią, bo tak tu trzeba, musiała przyzwyczaić się, że taksówkarz nie będzie z nią rozmawiał, co w jego mniemaniu oznaczać ma szacunek dla pasażerki, w końcu zrozumiała, że to wszystko wcale nie jest takie złe. Jest inne, zupełnie nie do pojęcia przez wyzwoloną Europejkę, ale nie takie, jak chcielibyśmy to ocenić…

 

„Wszystko powoli odchodzi w przeszłość, zastępowane przez nasze wyobrażenia, jak tam niby powinno być.”

 

Trzecia podróż. Nowy Orlean. Miasto muzyki, do którego Michniewicz zabiera swojego ojca – miłośnika Jazzu. Miało być idealnie – autor tą wyprawą chciał spełnić marzenie swojego taty. Jak było naprawdę? Trochę zachwytów, więcej rozczarowań. Bo nie ma już legendarnych miejsc, bo muzycy, którzy teraz grają na ulicach Nowego Orleanu to już nie te same gwiazdy, które spotkać można tu było kilkadziesiąt lat temu. Bo świat się zmienił i czasem trzeba się z tym pogodzić. A czasem trzeba też zrozumieć, że są sytuacje, w których lepiej jest żyć swoim wyobrażeniem, niż konfrontować się z brutalną prawdą, odzierającą nas ze złudzeń. I z marzeń…

 

„Pokazują nam ekstrema, wyrwane fragmenty, a nie cały obrazek. To wsiąka w nas, zapamiętujemy te urywki, bo drażnią nas, niepokoją. Potem nieświadomie dajemy się oszukać własnym skojarzeniom. Obrazom, które nam wrosły w umysły i od których nie potrafimy się uwolnić. Patrzymy poprzez nie na świat. I bardzo się mylimy.”

 

Podoba mi się podejście Michniewicza. Taka jego filozofia, która mówi o tym, żeby nie oceniać, bo inne wcale nie oznacza gorsze. I żeby nie narzucać swojego punktu widzenia, bo europejski stosunek do życia, do świata, wcale nie musi być najlepszy. I nie musi sprawdzać się w każdej sytuacji. Bliskie mi jest takie podejście. Podróżując, spotykając w życiu różnych ludzi staram się kierować różnymi zasadami. Choć nie jest to wcale łatwe, bo codziennie bombardowani jesteśmy różnymi obrazami, tekstami. Wstrząsającymi, które obliczone są na to, by wywołać w nas pewne emocje: strach, obrzydzenie, współczucie. Tak działają współczesne media. Pokazać, zszokować i zostawić. Bez podejmowania choćby próby wytłumaczenia, zrozumienia, zaakceptowania.

Dlatego stronię od telewizji, nie czytam wiadomości w sieci. Wychodzę z założenia, że o ważnych rzeczach dowiem się i tak. Ale nie chcę myśleć stereotypami. Wolę zapytać, poznać, dotknąć. Nauczyć się świata od środka, samodzielnie. Zrozumieć bez oceniania. Zaakceptować, choć przecież nie ze wszystkim muszę się zgadzać…

Przeczytałam „Swoją drogą” i znów poczułam, że Michniewicz mnie inspiruje. Wcale nie do odbywania egzotycznych podróży. Ale do życia tak, jak ja tego chcę. Do wiary w to, w co chcę. I do odkrywania świata. Choćby tego najbliższego… Polecam tę pozycję wszystkim, bo naprawdę warta jest, by poświęcić jej swoją uwagę. Ciekawa, mądra, inspirująca…

 

„Wszystko zaczyna się od decyzji (…) Nie możesz czekać na właściwy moment, bo on nigdy nie nadejdzie. Za bardzo zapełniamy swoje życie, za szybko wszystko pędzi. Codzienność w biegu zagłusza nam to, co naprawdę ważne. Trzeba podjąć decyzję, zrobić pierwszy krok. Reszta sama się jakoś ułoży.”

 

Czytałam w ramach wyzwań:
WyPożyczone (egzemplarz z biblioteki)
Literatura Faktu


Dalej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *